Opowieść · ok. 29 min czytania
Dom przy torach
Kamienica przy ul. Kościuszki 44 w Sopocie i jej ludzie, 1905–1945
To opowieść, nie raport: bez przypisów, a niepewne miejsca sygnalizujemy słowami „chyba”, „zapewne”. Każdy fakt da się sprawdzić w chronologii i w archiwum.
Zanim zaczniemy
To jest opowieść. Powstała z blisko tysiąca opracowanych kart archiwalnych, wybranych spośród ponad czterech tysięcy skanów akt budowlanych, gruntowych i powojennych. Korzystaliśmy też z kilkunastu roczników ksiąg adresowych, z planów, statyk i ogłoszeń prasowych, z pruskich przepisów o dźwigach i tabel meteorologicznych, z jednego powojennego orzeczenia technicznego oraz z tego, co pamiętają mieszkańcy: szesnastu spisanych relacji. Każde zdanie ma za sobą jakiś dokument albo relację, ale tym razem nie będziemy ich pokazywać — przypisy zostały w opracowaniach roboczych. Tam, gdzie wiemy na pewno, piszemy po prostu; tam, gdzie się domyślamy, mówimy „chyba”, „zapewne”, „wygląda na to”. Czytelnik, który zechce sprawdzić, znajdzie wszystko w tomach źródłowych tego projektu.
To wydanie drugie. Od pierwszego, sierpniowego, doszło kilka ustaleń. Najważniejsze to odnaleziona teczka z 1964 roku z pierwszym dokumentem, który opisuje maszynę windy; wcześniej znaliśmy tylko szyb. Poprawiliśmy też drobiazgi, które w pierwszym wydaniu były nieścisłe.
Bohaterem jest dom. Ludzie przychodzą i odchodzą: właściciele, architekci, urzędnicy, lokatorzy, portierzy. Dom stoi na swoim skrawku ziemi między ulicą a nasypem kolejowym i notuje w swoich murach kolejne epoki: cesarskie Prusy, wojnę, Wolne Miasto, inflację, brunatne lata, znowu wojnę, a potem kolej państwową i wspólnotę mieszkaniową. Skupimy się na czterech dekadach od pierwszego pomysłu na kamienicę do końca wojny, bo to wtedy dom powstał, dojrzał i przeżył najwięcej.
1. Kawałek pola przy szkolnej ulicy
Historia zaczyna się od roli. W październiku 1875 roku mistrz ciesielski Friedrich Grzenkowski kupił za niecałe dwa tysiące marek czterdzieści sześć arów gruntu przy drodze, która nazywała się Schulstraße — ulica Szkolna. Sopot był wtedy wsią rybacką z kąpieliskiem, a ta część miejscowości, przyciśnięta do świeżo zbudowanej linii kolejowej z Gdańska do Wejherowa, dopiero się zabudowywała. Grzenkowski zapłacił gotówką może sto pięćdziesiąt marek, resztę wpisał jako dług wobec sprzedawcy. Do końca 1881 roku stał już na parceli skromny dom — wyceniony na siedemdziesiąt pięć marek rocznego pożytku.
Przez następne trzydzieści lat działka przechodziła z rąk do rąk w tempie, które dziś wydaje się nieprawdopodobne. W samym 1887 roku miała trzech właścicieli: stolarza, malarza (albo murarza, akta nazywają go raz tak, raz tak) i młynarza. Wszyscy trzej okazali się niewypłacalni. Skończyło się licytacją wymuszoną przez odsetki należne pewnemu małoletniemu dziecku: sto dwadzieścia siedem marek i pięćdziesiąt fenigów. Działkę kupił gdański rentier Alexander Aspolm, który zmarł trzy tygodnie później, zanim zdążono go wpisać do księgi. Jego wdowa, Friederike, była kobietą praktyczną. Rozbudowała stary dom: dostawiła werandę, pralnię i stajnię. Dwa boczne kawałki sprzedała sąsiadom, kominiarzowi i malarzowi, a w 1895 roku pozbyła się reszty, dziewiętnastu arów ciągnących się „od ulicy w głąb aż do nasypu kolei”, za dwadzieścia jeden tysięcy marek. Sama została w sąsiedztwie jako lokatorka u młynarza i wierzycielka kolejnych właścicieli. Wraz z domem sprzedano „istniejące stoły i ławki ogrodowe”, co pozwala podejrzewać, że w ogródku bywało gwarno.
Przez chwilę właścicielką była panna Lina Großmann, córka emerytowanego nadinspektora podatkowego. W starym domu mieszkały wtedy między innymi cztery siostry von Swieykowski, z których trzy były diakonisami w szpitalach Szczecina i Gdańska, a czwarta, Wanda, prowadziła sprawy rodziny i była jedną z wierzycielek hipotecznych. To najstarsze imienne ślady mieszkańców tego adresu. Adres zresztą też się zmieniał: dom miał kolejno numery 7, 13 i 19, aż na przełomie 1903 i 1904 roku, gdy Sopot, od dwóch lat już miasto, przenumerował ulicę, dostał czterdziestkę czwórkę, którą nosi do dziś.
2. Dom, którego nie zbudowano
W maju 1903 roku działkę kupił Max Herrmann, kupiec z Seestraße, dzisiejszej Monte Cassino, gdzie prowadził sklep z artykułami kąpielowymi, bielizną i konfekcją. Herrmann kupił grunt pod inwestycję i we wrześniu 1905 roku oświadczył przed sądem, że powiatowa kasa oszczędności w Wejherowie pożyczy mu sześćdziesiąt tysięcy marek „na budowę domu mieszkalnego tutaj”. W księdze wieczystej pojawiła się hipoteka kaucyjna na tę kwotę. To pierwszy udokumentowany zamiar postawienia kamienicy na tej ziemi.
I nic z tego nie wyszło. Nie wiemy dlaczego — może zabrakło odwagi, może kasa się rozmyśliła, może pojawił się kupiec, który zapłacił więcej. W kwietniu 1906 roku Herrmann sprzedał działkę ze starym domem za trzydzieści siedem tysięcy marek, zarabiając na czysto siedem i pół tysiąca w trzy lata, i tego samego dnia wykreślił niewykorzystaną kaucję. Mieszkania na 1 października wypowiedziano lokatorom: wdowie Neuenborn z synem, staruszce von Swieykowski, radcy sądu krajowego Peiserowi i dożywotnikowi Kulmowi. Ławki ogrodowe wyłączono ze sprzedaży, skrzynia na śmieci była w cenie.
3. Trzej sąsiedzi z Charlottenstraße
Kupującym był August Schmidtke, emerytowany starszy asystent telegraficzny. Brzmi skromnie, ale za tytułem stał człowiek zamożny, uparty i obeznany z budowaniem. Dziesięć lat wcześniej pracował na telegrafie w Gdańsku; teraz mieszkał we własnym domu przy Charlottenstraße 9 w Sopocie, nieco wyżej, po drugiej stronie torów. Jak sam pisał, zdążył już postawić w mieście jeden budynek; zmieniające się przepisy zmusiły go tam do obniżenia domu o całą kondygnację i rozebrania gotowej piwnicy. Miał uprawnienia mistrza murarskiego i ciesielskiego, a przynajmniej tak podpisywał rysunki. Kamienicy przy Schulstraße nigdy nie zamieszkał: budował ją jako inwestycję, dom czynszowy dla „lepszych” rodzin.
Inwestor i obaj architekci, którzy będą projektować ten dom, mieszkali na jednej ulicy. Pod numerem 12 Charlottenstraße — Hermann Wolschon, mistrz budowlany, człowiek, który w ciągu ćwierćwiecza postawi w Sopocie około dziewięćdziesięciu większych budowli i zostanie przewodniczącym rady miejskiej. Pod numerem 14 — Heinrich Dunkel, młody architekt, współpracownik miejskiego budowniczego Puchmüllera przy Zakładzie Balneologicznym, autor kilku secesyjnych willi w dolnym Sopocie. Sąsiedzi, zapewne znajomi. Wiosną 1906 roku zlecenie dostał Dunkel.
Sopot, w który wchodzili, był miastem gorączkowym. Prawa miejskie miał od 1901 roku, liczba mieszkańców podwoiła się w ciągu dekady, kurort rozbudowywał się w stronę plaży, a magistrat próbował nadążyć z przepisami. Schmidtke ujął to celnie w jednym z pism: Sopot w samym 1904 roku wydał cztery różne rozporządzenia budowlane, niecały rok później piątą ordynację, „i sądzono, że ta się utrzyma — co jednak znów nie ma miejsca”. O swojej poprzedniej budowie na zboczu pisał z goryczą: „Wówczas mówiono, wedle pana Bielefelda, że Bergabhang to najwytworniejsza ulica — a dziś buduje się tu stajnię”.
4. Piekarnia, sklep kolonialny i cebulaste wieże
Dwudziestego pierwszego maja 1906 roku, jeszcze zanim formalnie stał się właścicielem, Schmidtke złożył w Zarządzie Policji wniosek o pozwolenie na „dom mieszkalno-handlowy”. Projekt Dunkela był ambitny i bardzo w duchu epoki: w parterze i piwnicy sklep kolonialny i „lepsza piekarnia” z piecem, wyżej po dwa mieszkania na piętrze z loggiami, na dachu — secesyjne wieże z cebulastymi hełmami, ostrosłupowa wieżyczka, falisty szczyt. Elewacja od strony kolei miała być reprezentacyjna: dom miał wołać do pasażerów pociągów. Stropy — nowoczesne, bez belek, z pustaków systemu Cramera.
Magistrat odpowiedział odmową, i to nie jedną. Najpierw chodziło o linię zabudowy: nowe przepisy wymagały, by front stał piętnaście metrów od osi ulicy, z przedogródkiem. Schmidtke protestował trzy razy w ciągu dwóch tygodni. Pisał, że nie należy „do spekulantów, którzy używają złego materiału, oszukują ludzi i szpecą miejscowość lichymi budowlami”, i wyliczał, ile magistrat zarobił na obrocie gruntami. W czerwcu przyjął kompromis rejencji w sprawie linii, ale w lipcu miasto znowelizowało ordynację (szczyty mogły zajmować najwyżej jedną trzecią frontu). Dwudziestego trzeciego lipca magistrat odrzucił projekt w sześciu punktach: linia, poddasze, piekarnia, ściany piwnic. Inspekcja przemysłowa miała swoje wątpliwości co do pieczenia chleba w suterenie.
Schmidtke odwoływał się do prezydenta rejencji w Gdańsku, a potem do nadprezydenta prowincji; obie instancje go oddaliły, druga — jako spóźnionego. Po drodze Wolschon, który już wtedy stał po stronie inwestora, dostał sześćdziesiąt marek grzywny za zniewagę Zarządu Policji: zarzucił urzędnikom stronniczość. W listopadzie 1907 roku magistrat odnotował sucho, że „projekt piekarni dotąd w ogóle nie zrealizowany”. Półtora roku minęło na papierach. Piekarni w tym domu nigdy nie będzie — choć w 1912 roku ktoś w magistracie napisze o piwnicach „dawniej używanych przez piekarza”, co pozostaje jedną z drobnych zagadek tej historii.
5. „Herrschaftliches Wohnhaus”
W marcu 1908 roku Schmidtke wrócił z nowym projektem i nowym architektem. Tym razem podpisał się Wolschon, a program był inny: żadnych sklepów, żadnej piekarni, tylko „reprezentacyjny dom mieszkalny” — plus kurnik i płot. Wolschon przejął od Dunkela zasadę wewnętrznego dziedzińca i ogólne ustawienie bryły, ale ubrał ją inaczej: dach mansardowy z naczółkami, dwa ryzality z falistymi szczytami i hełmowymi wieżyczkami, pośrodku frontu łukowy portal. Dziedziniec był w tym projekcie jeszcze odkryty — jego ściany mają na rzucie grubość murów zewnętrznych, a urząd kazał odprowadzać z niego deszczówkę do przedogródka, bo do kanalizacji „pod żadnym pozorem”. Argument do władz był ten sam co u Dunkela — dom będzie „widoczny od strony kolei”, więc niech będzie ładny.
Komisja budowlana obradowała pod koniec marca. Nie zgodziła się na odstępstwo dla szczytów i pozwoliła zabudować tylko połowę poddasza; drugiego kwietnia 1908 roku wystawiła pozwolenie na budowę — Bauschein numer 2. Na rysunkach mieszkania na poddaszu przekreślono czerwonym ołówkiem i wpisano „Boden”, strych. Oficynę wzdłuż granicy skreślono z adnotacją, że „nie ma być realizowana”. Windy w projekcie nie było.
I znowu nic się nie działo. Przez cały 1908 rok i połowę 1909 policja budowlana odnotowywała przy kolejnych kontrolach: „budowy jeszcze nie rozpoczęto”. W marcu 1909 Schmidtke poprosił o przedłużenie pozwolenia o rok. Dlaczego zwlekał? Nie wiemy. Może szukał pieniędzy, może czekał na koniunkturę, może długo się namyślał, zanim zaryzykował.
6. Rok 1909: winda, schody i szklany dach
Dwudziestego siódmego lipca 1909 roku Schmidtke złożył pięć arkuszy nowych rysunków i dwa arkusze statyki. Chodziło, jak pisał, „głównie o lepszy wygląd zewnętrzny. Ponadto przewidziano dźwig osobowy”. To zdanie, dopisane niemal mimochodem, jest pierwszą wzmianką o windzie w całych aktach. Rzuty podpisał sam, jako mistrz murarski i ciesielski, „za rysunek i kierownictwo budowy”. Dom pogłębił o półtora metra, do ponad trzydziestu jeden. Otwarty dziedziniec zamienił w krytą studnię, świetlik ze szklanym dachem; jego ściany są na nowych rzutach już cienkie, wewnętrzne. Główne wejście przeniósł, jak się zdaje, z frontu na elewację północną, bo na nowym rysunku frontu portalu już nie ma. Potwierdzają to mieszkańcy: od strony ulicy nigdy nie było drzwi.
Pozwolenie uzupełniające wydano 31 sierpnia. Na początku października rozebrano stary dom wdowy Aspolm, a dwunastego października 1909 roku ruszyła budowa. Wykonawcą był przedsiębiorca Karaschinski z Gdańska-Siedlec, kierownikiem budowy architekt Thieme z Wrzeszcza, który liczył statykę dźwigarów, ściany szkieletowej parteru na ośmiu stalowych słupach i balkonów wysuniętych na prawie trzy metry. Na przełomie października i listopada do zespołu dołączył Richard Karstädt, ślusarz artystyczny z Elbląga, od niedawna z tytułem królewskiego nadwornego mistrza ślusarskiego. Karstädt podpisał obliczenia żelaznych schodów kręconych, które miały stanąć w świetliku, i stalowego dachu nad atrium — dziesięć na dziewięć metrów, szkło zbrojone, kuty grzebień na kalenicy. Zrobił także kraty szybu windy, czyli oprawę dźwigu (maszyny już nie); jego odlewana tabliczka z napisem „R. Karstädt / Elbing” wisi na kracie do dziś.
Budowano zimą i szybko. Już w sierpniu, na formularzu kontrolnym, zaplanowano dla robotników ogrzewany barak z podgrzewaniem posiłków — budowa od początku miała być zimowa. Pogoda okazała się łaskawa: zima 1909/10 była na tym wybrzeżu jedną z najłagodniejszych w półwieczu, z grudniem, styczniem i lutym powyżej zera. Najgorszy był listopad — mróz w połowie miesiąca, a od dwudziestego pierwszego rekordowe śnieżyce, które w Sopocie uszkodziły dach kościoła Gwiazdy Morza; właśnie wtedy murowano parter i piętra. Szóstego grudnia mury stały do wysokości drugiego piętra. W połowie grudnia policja wstrzymała ciesiołkę na stropie ze względu na bezpieczeństwo robotników, a potem zakwestionowała więźbę: krokwie miały nachylenie ponad sześćdziesiąt stopni, czego ordynacja zabraniała. Nakaz przeróbki z groźbą dwudziestu marek kary albo trzech dni aresztu doręczono w Wigilię; do dwudziestego dziewiątego grudnia więźbę przerobiono. Pisma odbierała „żona Schmidtkego”, Margarethe — mąż był zapewne na budowie. Dwudziestego siódmego stycznia 1910 roku odebrano stan surowy bez zastrzeżeń. Trzy i pół miesiąca od pierwszej łopaty, w środku zimy. Gdyby Schmidtke zaczął rok wcześniej, jak mógł, trafiłby na zimę o jakieś pięć stopni surowszą — rok zwłoki, spędzony na sporach o poddasze i na dorysowywaniu windy, pogodowo się opłacił.
Wiosną dom nabierał wyposażenia, które w Sopocie 1910 roku było luksusem: kanalizacja i wodociąg, gaz do oświetlenia, elektryczność, centralne ogrzewanie z kotłownią w piwnicy, w każdym mieszkaniu łazienka z ubikacją i piecykiem kąpielowym, a nawet, jak chwalił się właściciel, centralne odkurzanie (Entstäubungsanlage). I winda, dla której gdańskie biuro instalacyjne Lehnert & Bastian narysowało w marcu szyb w duszy głównej klatki schodowej, od piwnicy po poddasze, z kabiną zaznaczoną na pierwszym i drugim piętrze. Pieniądze przyszły z Monachium: Bayerische Handelsbank pożyczył sto dwadzieścia pięć tysięcy marek na cztery i jedną piątą procent, żądając ubezpieczenia budynku na co najmniej sto osiemdziesiąt tysięcy „niezwłocznie po ukończeniu budowy”. Do tego czterdzieści tysięcy od wdowy Berger z domu von Plocki. Kamienica kosztowała, licząc wszystko, mniej więcej dwieście tysięcy marek — dziesięć razy więcej niż cały dom wdowy Aspolm piętnaście lat wcześniej.
O samej maszynie akta budowlane milczą — dokumentację dźwigu dostawał dozór techniczny, nie magistrat. Co to było za urządzenie, wiemy dopiero z dokumentu powstałego pół wieku później: w 1964 roku kolejowy rzeczoznawca spisał z tabliczek na maszynie nazwę producenta. W maszynopisie przekręcił jej pierwszy człon („Burekkart & Ziesler Maschinen Fabrik — Chemnitz”), ale chodzi o fabrykę maszyn Burckhardt & Ziesler z Chemnitz, założoną w 1865 roku, która budowała między innymi dźwigi, w tym paternoster w tamtejszym ratuszu. Był to dźwig elektryczny z wciągarką bębnową, o udźwigu trzystu kilogramów, na cztery osoby, z kabiną o pełnych ścianach i rozsuwanych drzwiach, zawieszoną na jednej linie. Lina nawijała się na bęben w maszynowni, małej komórce w suterenie obok dołu szybu. Czy w 1964 roku stała w szybie ta sama maszyna co w 1911? Wygląda na to, że tak: ani w aktach budowlanych do 1927 roku, ani w aktach gruntowych do 1943 nie ma śladu wymiany. Mieszkańcy pamiętają, że kabina była drewniana; dokument z 1964 roku mówi tylko o „ścianach pełnych”, więc jedno drugiemu nie przeczy.
W połowie sierpnia 1910 roku miejski budowniczy Puchmüller stwierdził, że „budynek jest ukończony, poza drobnymi pracami”, i zezwolił na zasiedlenie. Tego samego tygodnia Schmidtke poprosił „o ile w ogóle wymagane” o zgodę na wbudowanie dźwigu. Część maszynową zbadało Zachodniopruskie Stowarzyszenie Dozoru nad Kotłami Parowymi — nazwa myląca, bo winda była elektryczna, a stowarzyszenie było ówczesnym dozorem technicznym, poprzednikiem dzisiejszego UDT. Na przełomie 1910 i 1911 roku winda ruszyła.
7. Sześć zamożnych rodzin i jeden portier
Kto wprowadził się do nowego domu? Schmidtke pisał w lutym 1911 roku do burmistrza, że mieszka w nim „sześć zamożnych rodzin” i że winda została wbudowana „głównie dla górnych mieszkań”. Po dwa mieszkania na parterze, pierwszym i drugim piętrze, każde z salonem, trzema pokojami od frontu, werandą, kuchnią, pokojem służącej; do tego sporne mieszkania na poddaszu i trzy w suterenie. Księga adresowa z 1909/10 roku wymienia pod tym numerem sześć nazwisk: technik Adolf Kirschner, najpewniej ten sam mistrz budowlany, który wytyczył działkę, narysował plan sytuacyjny i podpisał statykę świetlika, a obok niego stolarz, cieśla, kupiec, fotograf i służąca. Pierwszymi lokatorami byli więc, jak się zdaje, ludzie z budowy. Zamożne rodziny przyszły potem — a wraz z nimi pierwszy telefon: w 1912 roku rentier John Holtz miał pod tym adresem numer 192, trzy lata później numery były już dwa.
Winda nie miała przycisków pięter. Dźwigami tego typu jeździł windziarz: stał w kabinie i sterował linką przeciągniętą pionowo przez kabinę albo dźwignią — pociągnięcie w górę lub w dół uruchamiało wciągarkę w suterenie, położenie środkowe ją zatrzymywało, a to, czy podłoga kabiny stanie równo z podestem, zależało od jego wprawy. Drzwi szybowe otwierało się specjalnym kluczem, który windziarz nosił przy sobie; pasażer wzywał go dzwonkiem. Pruski przepis o dźwigach z kwietnia 1908 roku stanowił, że windy ze sterowaniem linką lub dźwignią wolno użytkować wyłącznie w towarzystwie egzaminowanego dźwigowego, a w maszynowni ma być dozorca „stale obecny lub łatwo osiągalny”. Fachowa literatura właśnie wtedy zaczynała zalecać do kamienic dźwigi automatyczne, z przyciskami — sopocka winda należała do odchodzącego typu już w dniu, w którym ruszyła.
W piwnicy od południa zamieszkał więc portier Franz Rutkowski z żoną. Miał dwa zadania: „stąd nadzoruje dźwig i ogrzewanie”, tłumaczył właściciel. W maju 1911 roku stowarzyszenie dozorowe odebrało dźwig, przysłało książkę rewizyjną z atestami, w tym z egzaminu dźwigowego, a policja budowlana dała swoją pieczątkę. Lokator wzywał portiera, a ten wiózł go na górę. Schmidtke próbował załatwić w piwnicy osobne mieszkanie „dla dozorcy windy”; rejencja odmówiła, każąc przydzielić mu jedno z istniejących. Jedyny nakaz opróżnienia dostał wiosną 1912 roku portier: dotyczył izby ponad normę, a zatwierdzone mieszkanie, dwie izby z komorą i kuchnią, Rutkowskim zostało. Zwolnioną izbę zajęła wkrótce prasowaczka Anna Frohwerk, która z kolei dostała nakaz, odwołała się własnoręcznym pismem i wywalczyła przynajmniej cofnięcie kary dziesięciu marek. Dwie wdowy, Bagemihl i Frischmuth, mieszkały w suterenie dalej.
Bo Schmidtke był człowiekiem, który przepisy traktował jak propozycję. Trzy razy odmówiono mu zgody na zabudowę całego poddasza — a on w maju 1910 roku otynkował je całe, łącznie z komorami nad mansardą, i pociągnął tam prąd „na zapas”. Magistrat kazał zrywać tynki, potem przedłużał termin, potem odmawiał odbioru użytkowego. Schmidtke powoływał się na burmistrza doktora Kollatha, który miał mu obiecać zgodę, i na Wolschona jako świadka. Urząd odpowiadał, że wiążącej obietnicy nie było. W jednym z pism właściciel pytał z goryczą: na domu wychodzi tylko cztery i pół procent, gdy wszystko wynajęte, a jak mieszkania stoją puste, dokłada — „skąd ma się wziąć radość z posiadania domu?”. W innym, do nowego burmistrza Woldmanna, groził sprzedażą „w inne ręce” i dorzucał zdanie w duchu ówczesnej retoryki pruskiego prowincjonalnego patrioty: „Tu przecież ma się pielęgnować niemieckość i utrzymać Niemca na jego ojcowiźnie”.
Jedyną batalię z magistratem wygrał w sprawie wody. Miasto twierdziło, że przyłącze dwudziestomilimetrowe, które Schmidtke przeniósł ze starego domu, jest za cienkie i na górnych piętrach brakuje ciśnienia. Schmidtke odpisał, że ciśnienie jest „nawet na strychu nad trzecim piętrem”, winne są za to Kurhaus i fontanna, i niech urzędnik „sam się przekona”. Magistrat odstąpił.
8. Wielka wojna: dom wdów
W sierpniu 1914 roku Europa poszła na wojnę, a Sopot z kurortu stał się zapleczem. Dom przy Schulstraße odczuł to po swojemu. Księga adresowa z 1914/15 wymienia pod numerem 44 siedemnaście nazwisk, następna trzynaście, a rocznik 1917/18 — dwadzieścia sześć. Wśród nich wdowa po burmistrzu Alice Föhse, wdowy po kapitanach, uczennice, służba, profesor uniwersytetu i lekarz doktor Johannes Petruschky, doktor filozofii Paul Schadow, który zostanie tu na ponad dwadzieścia lat, urzędnik Walter Scheunemann, który w Wolnym Mieście dojdzie do rangi radcy stanu. Sześć zamożnych rodzin zamieniło się w coś na kształt pensjonatu: duże mieszkania dzielono, pokoje podnajmowano, w mieście brakowało lokali, a wdowom wojennym brakowało pieniędzy.
Wojna załatwiła Schmidtkemu to, czego nie załatwiły lata sporów. W lipcu 1915 roku napisał, że cztery mieszkania stoją puste, a strata wynosi sześć i pół tysiąca marek rocznie; koszty rozbudowy poddasza poniósł „za radą nieżyjącego burmistrza dra Kollatha”. I ten sam magistrat, który pięć lat wcześniej kazał zrywać tynki, tym razem go poparł, przyznając w koncepcie sprawozdania, że za Kollatha „pozostawiono wnioskodawcy urządzenie całego mieszkania — na ryzyko, że nie będzie mógł go zamieszkać”. Urząd sprostował przy okazji, że dom ma „nie dwie, lecz trzy kondygnacje i jedno w pełni zabudowane poddasze”. We wrześniu 1915 roku rejencja zalegalizowała całe poddasze w drodze wyjątku. Wiosną 1919 roku, już po klęsce, w atmosferze „głodu mieszkaniowego”, zalegalizowano też mieszkanie w suterenie (pokój z „prawie ciemną kuchnią”) na pięć lat, z obowiązkiem corocznego odnawiania, co ciągnęło się potem do 1932 roku.
9. Pielęgniarka kupuje dom
Wersal odciął Gdańsk i Sopot od Niemiec; od listopada 1920 roku miały być Wolnym Miastem pod opieką Ligi Narodów. Ale już wcześniej, w czerwcu 1919 roku, Schmidtke zdecydował się sprzedać. Kupującą była panna Gertrud Baumann, dwudziestoczteroletnia pielęgniarka z Friedrichstraße, a cena — dwieście pięćdziesiąt tysięcy marek, z czego siedemdziesiąt sześć tysięcy gotówką i reszta w przejętych hipotekach. Marka już wtedy słabła, ale jeszcze była pieniądzem.
Za młodą pielęgniarką stał ojciec. Eugen Baumann, mistrz zduński z Gdańska, właściciel firmy budującej piece kaflowe i kuchnie przy Poggenpfuhl, starszy cechu garncarzy i zdunów Prus Zachodnich, inwestor, który już w 1906 roku miał w Sopocie dwie nieruchomości. Kupił dom na córkę — dlaczego na nią, a nie na siebie, można się tylko domyślać: podatki, zabezpieczenie na przyszłość, może kłopoty własnej firmy. W kwietniu 1920 roku Gertrud udzieliła ojcu pełnomocnictwa generalnego z klauzulą, która pozwalała mu „w moim imieniu dokonywać czynności prawnych z samym sobą”; latem ustanowiła dla niego prawo pierwokupu; jesienią pożyczył jej dwa razy po sto tysięcy marek i sam wpisał sobie hipoteki. Przez następne dwadzieścia lat Eugen będzie prowadził dom jak swój, a córka będzie podpisywać. Pieców kaflowych w kamienicy nie było: od 1910 roku miała centralne ogrzewanie.
Gertrud tymczasem żyła własnym życiem. W listopadzie 1922 roku podpisała intercyzę z pełną rozdzielnością majątkową, a drugiego stycznia 1923 roku wyszła za Alfreda Gedanziga, kupca z Luckenwalde pod Berlinem, urodzonego w Gąbinie w Prusach Wschodnich bliźniaka, syna sekretarza sądowego. Świadkiem był ojciec. Małżeństwo trwało dwa i pół roku: w lipcu 1925 roku sąd w Berlinie orzekł rozwód, a we wrześniu firma „J. Reich & Gedanzig” w Luckenwalde ogłosiła upadłość. Gertrud zachowała nazwisko męża i nosiła je do końca życia; w księdze wieczystej figuruje jako „rozwiedziona pani Gertrud Gedanzig z domu Baumann”. Alfred znika z tej historii.
10. Marka umiera, gulden się rodzi
Lata 1921–1924 to w aktach gruntowych zapis szaleństwa. W lipcu 1921 roku miejska kasa oszczędności wpisała hipotekę na trzysta tysięcy marek. W sierpniu 1922 — kaucja na pół miliona. W lipcu 1923 — trzydzieści cztery miliony marek z „dodatkiem drożyźnianym” siedemset pięćdziesiąt procent. Opłata za to samo pozwolenie budowlane wynosiła pięć marek w 1919 roku, dziesięć, trzysta, a w sierpniu 1923 — trzydzieści tysięcy. Potem przyszła gdańska waluta. W ostatnim tygodniu listopada 1924 roku sąd wykreślił jednym pociągnięciem wszystkie hipoteki markowe (te trzysta tysięcy, pół miliona, trzydzieści cztery miliony) i wpisał w ich miejsce jedną: trzydzieści tysięcy guldenów gdańskich. Trzydzieści cztery miliony marek warte były wtedy około dwustu guldenów.
W tym chaosie Eugen Baumann budował. Najpierw, w 1921 roku, drewnianą szopę na opał między domem a torem — centralne ogrzewanie paliło wtedy drewnem i torfem, bo węgla nie było. Potem, od jesieni 1922 roku, oficynę w głębi działki przy torach, pierwotnie parterowy budynek biurowo-magazynowy dla firmy zduńskiej. Sąsiadka spod czterdziestki dwójki, Maria Skibowska, żona notariusza i radnego, dała na to pisemną zgodę, a Senat Wolnego Miasta pozwolił przekroczyć dopuszczalną jedną trzecią zabudowy działki. Budowa szła zrywami: prace ziemne w październiku, przerwa na zimę, wznowienie w marcu 1923. Potem inspektor Hentzsch (ten sam, który kontrolował Schmidtkego w 1908 roku i będzie kontrolował dom do 1932) stwierdził, że budują „nie według zatwierdzonych rysunków”, bez piwnic, z za niskimi magazynami. W sierpniu budowę wstrzymano, pozwolenie zamienne kosztowało trzydzieści tysięcy marek, a w listopadzie budowa stanęła na czternaście miesięcy. Wznowiono ją w styczniu 1925 roku, odebrano stan surowy w marcu, a użytkowanie — w październiku 1926 roku. Wyszedł z tego dom dwukondygnacyjny, murowany, z garażem na dwa–trzy samochody i mieszkaniami na piętrze — dzisiejsze 44a. We wniosku o ulgę podatkową Gertrud Gedanzig potwierdziła datę budowy: „dom frontowy został wzniesiony w roku 1909/10”.
Pieniądze kosztowały w Wolnym Mieście krwawo. W 1925 roku miejska kasa oszczędności udzieliła długu gruntowego na sześćdziesiąt tysięcy guldenów — na dwadzieścia cztery procent rocznie. Dwa lata później wdowa Domsta z Gdańska pożyczyła dwanaście tysięcy na dziesięć procent. Dopiero w 1929 roku udało się to wszystko zrefinansować kredytem z krajowego zakładu ubezpieczeń pracowników umysłowych: sześćdziesiąt tysięcy guldenów na dziewięć procent, z klauzulą kursu funta szterlinga — bo gulden gdański był związany z funtem, a funt sześć lat później zdewaluuje. W 1928 roku matka Gertrud, Charlotte, dostała wpisane do księgi dożywotnie prawo mieszkania „na czwartym piętrze” — czyli, licząc po gdańsku z parterem, w mansardzie, o którą Schmidtke tak długo walczył. Eugen mieszkał w domu od 1922 roku; od 1934 mieszkali tu wszyscy Baumannowie: ojciec, matka, córka Gertrud i druga córka, Susanne, pracownica umysłowa.
11. Lokatorzy Wolnego Miasta
Za Baumannów dom zapełnił się ludźmi. W 1922 roku dom miał dziewiętnastu lokatorów, w 1926 — dwudziestu trzech, a w 1929 roku księga adresowa wymienia pod tym adresem około pięćdziesięciu nazwisk łącznie ze służbą. Jest wśród nich architekt Georg Lippke z firmy „W. & G. Lippke”, która postawiła w Sopocie ponad sto budynków — mieszkał tu szesnaście lat. Jest doktor Paul Schadow, najpierw „dr phil.”, potem „pisarz”, na końcu „rentier”. Jest profesor botaniki gdańskiej politechniki Walther Wangerin i redaktor Emil von Ruecker. Jest wdowa po amerykańskim agencie konsularnym Martha Claaszen z córką Ruth — ich dawna willa przy Ernststraße jest dziś Muzeum Sopotu, a portret matki i córki na tle witrażowej loggii z około 1930 roku to najstarsze znane zdjęcie detalu tego domu. Do Ruth przychodziły koperty z Danii; kilka lat później wyjdzie za duńskiego konsula.
Jest kapitan w stanie spoczynku Johannes Broscheit, który w mieszkaniu prowadził biuro Zjednoczonych Ferm Doświadczalnych Hodowli Zwierząt Futerkowych (lisy srebrne, lisy niebieskie, norki i nutrie w Freudental pod Oliwą). Firma dawała dwujęzyczne ogłoszenia w Gazecie Gdańskiej i miała telefon 514 63, numer już pięciocyfrowy, bo gdański węzeł rozrósł się od czasów trzycyfrowego numeru rentiera Holtza. Jest pianistka Elisabeth Striegler — albo Striexler, druk księgi jest tu niewyraźny. I są Polacy, bo Sopot lat dwudziestych to miasto dwóch, a właściwie trzech społeczności. W 1925 roku Echo Gdańskie donosiło, że „znana na polu muzycznem rodaczka nasza”, pianistka Marta Majchrzakówna, wróciła z podróży i udziela u siebie w domu (Schulstrasse 44, parter) lekcji fortepianu i kontrapunktu. W 1926 roku pod tym samym adresem mieszkał „konsul Mistat”, którego zarząd polskiego Towarzystwa Śpiewu „Lutnia” prosił na dyrygenta; to najpewniej Mieczysław Mistat, prawnik, dawny starosta, publicysta, urodzony w 1872 roku. W tym samym roczniku księgi adresowej figuruje Stanisław Mroszczak, asesor kolejowy — pierwszy kolejarz pod tym adresem, na ćwierć wieku przed PKP. Kolej była obok, za płotem.
Rocznik 1929 przynosi jeszcze jedną grupę, która pojawia się i znika: Boris, Morduch i Salomon Kitajeff, inżynier, chemik i kupiec, Naum Bakstanski, Georg Halperyn, Aron Nejman, Vera Bronszweig — rosyjska emigracja porewolucyjna, która przez Gdańsk przepływała na Zachód. W 1931 roku nie ma już nikogo z nich, a dom liczy znów dwadzieścia kilka nazwisk. Zostali stali: Baumannowie, Claaszenowie, Lippke, Schadow, szewc August Gniech, który mieszkał w oficynie i w głównym domu, a w 1939 roku będzie „Hausmeisterem”, dozorcą.
12. Cień na papierze firmowym
Zmianę klimatu widać w drobiazgach. Jedenastego listopada 1934 roku Gertrud Gedanzig kończy pismo do sądu słowami „Mit deutschem Gruß” — niemieckim pozdrowieniem, formułą, której rok wcześniej by nie użyła. Wolne Miasto ma od 1933 roku senat narodowosocjalistyczny; gdańska NSDAP nie czeka na Rzeszę. Między jesienią 1934 a jesienią 1936 roku Schulstraße zmienia nazwę na Mackensenallee — aleję feldmarszałka Mackensena, sędziwego bohatera poprzedniej wojny, którego nowa władza chętnie pokazywała przy swoim boku. Sopocka księga adresowa z 1935 roku jeszcze zna ulicę Szkolną; dokument bankowy z września 1936 — już nie.
Pieniądze dalej były głównym zmartwieniem. Kredyt z 1929 roku na dziewięć procent renegocjowano dwa razy. W 1934 roku zszedł do czterech procent plus procent amortyzacji, co obniżyło ratę roczną z pięciu i pół tysiąca do trzech tysięcy guldenów. W 1936 roku oprocentowanie znowu poszło w górę, do czterech i pół – pięciu procent, a umowa dostała klauzule: zakaz rozbiórki, zakaz zmiany zabudowy bez zgody wierzyciela, wgląd w umowy najmu. Do tego dług gruntowy na pięć i pół tysiąca „guldenów w złocie”. Dom był wynajęty w pełni; w latach trzydziestych księga adresowa notowała tu stale dwadzieścia kilka nazwisk. Mieszkali tu Baumannowie, wdowa Claaszen, Lippke do 1937 roku, doktor Georg Voigt, wyższy radca sądowy, i Carlheinz Hundius, dyrektor okręgowy ubezpieczeń Allianz, którego reklama z adresem domu trafiła nawet do amerykańskiego Christian Science Monitor. Byli też pracownik kasyna Kaspereit i drugi architekt, emerytowany Felix Rekowski. Rok przed wojną, w październiku 1938, w Gazecie Gdańskiej ukazało się po polsku ogłoszenie: „Sopoty, Mackensenallee 44, tel. 15-06. Do wynajęcia eleg. mieszkanie 4½ pok. Opalany ogród zimowy. Czynsz 150 guld. miesięcznie z opałem”. Ogród zimowy to zapewne oszklona loggia z witrażem. Sto pięćdziesiąt guldenów to była wtedy dobra miesięczna pensja urzędnika.
13. Wojna, której nie widać
Pierwszego września 1939 roku Wolne Miasto włączono do Rzeszy. W aktach kamienicy wojna prawie nie zostawia śladów. W księdze adresowej z 1940/41 roku dom ma dwudziestu czterech lokatorów, właścicielką jest „Gertrud Gedanzig, rentierka”. Ale sąsiedni numer 42, dom Skibowskich, jest oznaczony jako skonfiskowany „przez komisarza dla polskiej własności ziemskiej”, a po drugiej stronie ulicy numery 43 i 45 stoją niezamieszkane, zajęte jako mienie żydowskie. Czterdziestka czwórka nie jest objęta konfiskatą: właściciele są Niemcami. Kredyt berliński przeliczono z sześćdziesięciu tysięcy guldenów na czterdzieści dwa tysiące marek Rzeszy; w 1941 roku spłaciła go sopocka kasa oszczędności nową hipoteką na pięćdziesiąt tysięcy i została jedynym wierzycielem. Jej pismo do sądu z września 1941 roku kończy się formułą „Heil Hitler!” zamiast zwyczajowego „Hochachtungsvoll”. W 1942 roku wśród lokatorów jest Lißner, techniczny inspektor kolei Rzeszy, a Eugen Baumann figuruje jako formalny zarządca domu córki.
To ostatni ślad Eugena. Między 1941 a sierpniem 1942 roku zmarł — dokładnej daty nie znamy. W sierpniu 1942 roku rodzeństwo dokonało działu spadku: kamienica stała się współwłasnością po jednej trzeciej Kurta Baumanna, mistrza zduńskiego, który prowadził firmę ojca, Gertrud Gedanzig i Susanne Baumann. Wpis do księgi nastąpił w kwietniu 1943 roku. Ostatni niemiecki dokument nosi datę 4 sierpnia 1943 roku: to rutynowy rachunek za przesłanie listu hipotecznego na dwie marki dwadzieścia pięć fenigów, podpisany przez sekretarza sądowego Belewskiego. Ani słowa o wojnie. Potem księga milczy przez dwadzieścia trzy lata.
Ludzi wojna dosięgła. Mieczysław Mistat, dawny lokator, „konsul-dyrygent” (jeśli to ten sam człowiek, a wszystko na to wskazuje), zmarł 21 marca 1945 roku w obozie Stutthof, dwa dni przed wejściem Armii Czerwonej do Sopotu; jego syn, porucznik rezerwy marynarki, poległ we wrześniu 1939 roku pod Babimi Dołami. Eva Dunkel, córka architekta, który rysował dla tego domu cebulaste wieże, zginęła, jak podaje Gedanopedia, w styczniu 1945 roku na „Wilhelmie Gustloffie”. Doktor Konrad Beister, prawnik Ministerstwa Komunikacji i przed wojną komisarz kolejowy na gdańskim dworcu, aresztowany we wrześniu 1939 roku, przeżył — i w 1950 roku będzie mieszkał w tym domu jako urzędnik PKP. Baumannowie wyjechali albo uciekli.
14. Epilog: dom kolejarzy
W marcu 1946 roku dekret o majątkach opuszczonych i poniemieckich przeniósł własność na Skarb Państwa — z mocy prawa, choć wpisano to do księgi dopiero w 1967 roku. Dom przy torach dostała kolej. W wykazach z 1950 roku posiadaczem jest „Skarb Państwa — Polskie Koleje Państwowe”, pełnomocnikiem Dyrekcja Okręgowa w Gdańsku, a spośród dwudziestu trzech lokali dziesięć zajmują gospodarstwa kolejarskie: urzędnicy DOKP, kierownik działu księgowości, rzemieślnik, kierowca. „Opiekunem domu” na etacie dyrekcji jest Augustyn Gniech, ten sam szewc-dozorca sprzed wojny, jedyny człowiek, o którym wiemy, że łączy oba światy; w budynku obok narożnika prowadzi magiel. Pierwsze polskie rodziny, wśród nich jedna z rodzin w suterenie, wprowadziły się jeszcze w 1945 roku. Jeden z lokatorów, urzędnik dyrekcji, wydzierżawił zgruzowaną parcelę sąsiednią pod ogród z dwudziestoma pięcioma drzewami owocowymi i kapliczką. Wielkie mieszkania Schmidtkego dzielono między kilka rodzin; sublokatorzy zamykali swoje pokoje na klucz, a numeracja lokali zmieniała się tyle razy, że dziś trzeba ją odtwarzać jak łamigłówkę.
Reprezentacyjne atrium ze schodami kręconymi bywało w latach pięćdziesiątych zamknięte — drzwi bez klamek, schody nieużywane, a na posadzce skład węgla, zrzucanego zapewne przez klapy kryte luksferami; węgiel trzymano nawet w nieczynnej windzie. Codzienną drogą do mieszkań stały się schody, które projektant przewidział dla służby. W 1958 roku jeden z lokatorów skarżył się do miasta, że kolej „przebudowuje hall nie zachowując elementarnych warunków” i odbiera mu światło i ciepło — chodziło zapewne o roboty w atrium, nie o windę.
Winda stała w szybie nieczynna. Dawni mieszkańcy pamiętają drewnianą kabinę, która nie jeździła, ale była. Przez lata wydawało się, że o jej dalszych losach nie dowiemy się już niczego poza rodzinną legendą — „zabrano ją do renowacji i nie wróciła”, może do dyrekcji kolei w Bydgoszczy. Tymczasem w teczce Biura Projektów Kolejowych, która niedawno trafiła w nasze ręce, przetrwało orzeczenie z 25 kwietnia 1964 roku. Kolej szykowała wtedy kapitalny remont domu. W grudniu 1963 roku zinwentaryzowano wszystkie kondygnacje, a Biuro Projektów Kolejowych w Gdańsku rysowało nową węglową kotłownię w suterenie, z kominem przebijającym atrium i szklany dach. Projektowało też nowe wejście od północy, z biegiem schodów podniesionym tak, by pod nim zmieścić zsyp opału. Już we wrześniu 1962 roku komisja dyrekcji przewidziała w protokole przeglądu dwadzieścia tysięcy złotych na remont dźwigu. Winda miała więc wrócić do życia. Rzeczoznawca Stowarzyszenia Inżynierów Mechaników, doktor inżynier Zenon Głażewski, zastał jednak kabinę unieruchomioną na parterze, zawaloną „składowiskiem rupieci”, drzwi szybu na dodatkową kłódkę, dół szybu zamieniony w piwnicę. Wciągarka była bez silnika, z wymontowaną tablicą rozdzielczą i poodkręcanymi częściami — „do wyzłomowania”. Policzył, że doprowadzenie starego urządzenia do nowych polskich przepisów (druga lina nośna, chwytacze, nowa wciągarka, pełne ściany szybu zamiast siatki, nowa elektryka) kosztowałoby więcej niż nowy dźwig, i zalecił kupić nowy. Nowego nikt nie kupił. Starą kabinę i resztki maszyny wywieziono gdzieś między 1964 a 1968 rokiem — w 1968 windy już nie było, co do tego mieszkańcy są pewni. Legenda o „renowacji” ma w tym najprostsze wyjaśnienie: windą rzeczywiście się zajmowano, w ramach remontu, i rzeczywiście nie wróciła. Pojechała najpewniej na złom; wersja bydgoska wobec stanu maszyny bez silnika wygląda mało prawdopodobnie. Komin kotłowni z 1964 roku stoi w atrium do dziś, choć kotłownia od dawna nie pracuje.
W 1988 roku inwentaryzacja wykonana dla PKP odnotowała „drzwi do nieistniejącego obecnie dźwigu osobowego, ażurowe, ozdobne” i szyb zabezpieczony siatką — a przy okazji datowała dom na „około roku 1933”, myląc się o ćwierć wieku. Projekt wielkiego remontu z 1989 roku, z adaptacją strychu na sześć mieszkań, trzynastoma lukarnami, wymianą stropów i zamurowaniem szybu, nigdy nie został zrealizowany. Około 2000 roku kolej sprzedała mieszkania. W operacie przygotowującym prywatyzację pusty pion po windzie, metr piętnaście na dwa osiemdziesiąt jeden, wliczono bez nazwy do powierzchni wspólnej korytarzy (tak przynajmniej wynika z arytmetyki tabel) i rozdzielono między nabywców jako udział. Nikt nie wiedział, że kupuje ułamek windy. Dom stał się wspólnotą, która przybrała nazwę „Pod Słonecznikami” — skąd, nie wiadomo. Potem przyszedł remont klatki, a w latach 2020–2021 remont dachu, elewacji i świetlika; w atrium mieszkańcy urządzili ogród zimowy.
Kraty szybu z tabliczką elbląskiego ślusarza wiszą na każdym piętrze. Żelazne schody kręcone służą do dziś. Świetlik ma tę samą nitowaną kratownicę, którą Thieme policzył w listopadzie 1909 roku. Wymiary atrium nie zmieniły się o dwa centymetry w ciągu stu lat pomiarów. W domu, który August Schmidtke budował przez trzy i pół miesiąca, a o który walczył cztery lata, wciąż się mieszka.
15. Czego nie wiemy
Kilku rzeczy nie udało się ustalić. Nie wiemy, kiedy umarł August Schmidtke — pewnie między 1927 a 1929 rokiem, bo w księdze adresowej pojawia się wtedy „wdowa Auguste”. Nie wiemy, kto, kiedy i dokąd wywiózł kabinę i wciągarkę windy między kwietniem 1964 a 1968 rokiem, ani dlaczego kolej nie kupiła nowego dźwigu, choć jej własny rzeczoznawca to zalecił. Nie wiemy, gdzie leży protokół komisyjnego przeglądu domu z września 1962 roku, który wymieniał wszystkie urządzenia budynku, ani skąd wzięła się teczka z orzeczeniem i czy ma rodzeństwo na jakiejś półce. Nie wiemy, jak wyglądała kabina z 1911 roku — rysunków urządzenia trzeba by szukać w spuściźnie fabryki w Chemnitz, o ile cokolwiek przetrwało. Nie wiemy, dlaczego matka Gertrud w akcie urodzenia córki nazywa się z domu Ostertag, a w księdze wieczystej — Danschke. Nie wiemy, czy w piwnicach przez rok czy dwa naprawdę pracował piekarz. Nie wiemy, jak wyglądał wiatrołap przy wejściu północnym i kto go rozebrał. Nie wiemy, skąd się wzięła nazwa „Pod Słonecznikami”.